Krasnal

Krasnale Fot.Grzegorz Wesołowski Krasnalowanie ma swoje dobre strony. Nie ma stresu startowego. Rano można się dobrze najeść, mając pewność, że jedzenie zostanie tam, gdzie trafiło. Rozpoznając trasę można samemu dyktować tempo, bez obawy o spóźnienia. Można poznać nowych ludzi, szczególnie wśród tych krasnali, którzy jadą dla zawodników będących w czasach zbliżonych do mojego. No i można się napatrzyć na dużą imprezę. Tak więc, gdy Mirek Kowalski zaproponował mi jazdę dla niego, nie pozostało mi nic innego jak wziąć udział w tej zabawie. I żeby nie było wątpliwości - krasnal nie może udzielać zawodnikowi takiej pomocy, która może być zakwalifikowana jako "obca pomoc", bo to grozi wykluczeniem z rajdu. Mirek Kowalski Fot.Grzegorz Wesołowski Krasnal nie powinien jeździć po trasie w czasie rajdu aby nie przeszkadzać ścigającym się zawodnikom. Krasnal powinien stosować się do odpowiednich przepisów o ruchu drogowym i zarządzeń organizatora. Stosujący się do tych wytycznych krasnal jest w pełni legalny i stanowi silne wsparcie zawodnika jadącego ciężką imprezę. Pewnie wszyscy są ciekawi co bym zrobił gdybym musiał pomóc mojemu zawodnikowi, przekraczając powyższe reguły. Oczywiście bym pomógł. Ja przecież wiem ile zawodnicy tracą zdrowia i pieniędzy i nie zostawiłbym nikogo bez pomocy , a co dopiero mojego zawodnika. Ale podczas ISDE w Kielcach udało mi się. Mirek Kowalski (273) nie potrzebował pomocy pozaregulaminowej i mogę z otwartą przyłbicą zameldować, że do końca zawodów pozostałem krasnalem legalnym.
Do Kielc przyjechałem w sobotę po południu. Prosto z drogi , po odebraniu akredytacji prasowej, poszedłem do naszego depo. No, wrażenie rewelacyjne. Nasi koledzy klubowi z Bielska przekonali znanego polskiego ściganta samochodowego Macieja Stańco aby na czas imprezy użyczył swego TIR-a wraz z namiotem. W ten sposób dwa klubowe zespoły - Olek Motocykle i Szarak Sochaczew ( jaka ładna nazwa) miały obszerne, wygodne i w pełni profesjonalne depo. Brakowało tylko kucharza z piecem do chleba. Jedna fabryczna ekipa włoska była lepsza, bo przywiozła kucharza wraz z piecem do pizzy. Odprawa na depo 11.09.2004 Fot.Artur Łukasik U nas sprawami zaprowiantowania zajmowała się p. Jola, żona p. Jarka Kurowskiego i mama Łukasza Kurowskiego (293). Z tego co widziałem, to wszystkim jedzonko smakowało, a jeżeli myślicie, że p. Jola zna się tylko na jedzeniu, to popełniacie duży błąd. Jola Kurowska jest bardzo biegła w sprawach technicznej obsługi rajdu i nie raz wspomagała zawodników cennymi uwagami. Szefem depo i mistrzem obsługi technicznej był natomiast p. Jarek Kurowski. Taka praca dla p. Jarka, to nie pierwszyzna i widać , że potrafi i pomóc, i zorganizować. W sobotę po południu trafiłem akurat na odprawę organizacyjną , podczas której dopinano ostatnie szczegóły obsługi rajdu. Dla sześciu zawodników pracowało na oko licząc - 18 ludzi obsługi. Po trzech na każdym obsługowym PKC ( trzy na dzień), 5 osób w depo i obsługa "latająca" czyli krasnale oraz panowie ojcowie - Podrażka i Wyszomirski. Dlaczego ojcowie? Bo synowie obu wymienionych panów jechali te zawody. Tak więc panowie Podrażka i Wyszomirski, oprócz emocji związanych z obsługą zawodników mieli dodatkowy dopływ adrenaliny. Z tego co widziałem, nie nudzili się wcale. Zamieszkaliśmy wszyscy razem w miejscowości Nowiny , około 14 km od bazy ISDE. Śniadanie.Dzień VI. Fot.Artur Łukasik Warunki zakwaterowania były bardzo dobre, no i co również ważne nie było drogo. Mieszkał tam również Stefan Merriman, a na sześciodniówke przyjechał 3 września. Czyli 10 dni wcześniej - oto co znaczy profesjonalne przygotowanie do zawodów. Powiem wam jeszcze, że chłop codziennie rano, między godziną 5 , a 6 obchodził próby.
Wieczorem pojawiliśmy się na uroczystym otwarciu ISDE w Kielcach i muszę powiedzieć, że było ono całkiem udane. Przemarsz ekip przez scenę w kieleckim amfiteatrze, prezentacja zawodników i koncert mniej czy bardziej znanych gwiazd muzyki i śpiewu. Publiczność bawiła się nieźle, a młodym motocyklistom z całego świata wypadały gały na widok polskich dziewczyn, trzeba przyznać - niebrzydkich. Tak, urody naszych kobiet nie musimy się wstydzić.
W niedzielę rano pojawiłem się wcześnie w depo, bo przede mną było rozpoznanie trasy 1 i 2 dnia zawodów. Koledzy z Bielska postanowili zabrać się ze mną i około 10 wyruszyliśmy na trasę. Zaraz na początku Darek Duda drżącą, z powodu krótkiego snu, ręką odkręcił za dużo gazu, no i z gumki zrobił się paciak. Na szczęście ani Darek , ani motocykl specjalnie nie ucierpieli i mogliśmy kontynuować jazdę. Trasa pierwszego i drugiego dnia nie była trudna, znana nam w znacznej części z innych zawodów w Kielcach. Nie spieszyliśmy się , a ja wypatrywałem połączeń trasy z asfaltami i innymi miejscami do których mogłem dotrzeć , tak aby w czasie rajdu widzieć swojego zawodnika. Całość zabawy sprawiała wrażenie majówki, tym bardziej, że dopisała nam prawdziwie letnia pogoda. Park maszyn Fot.Grzegorz Wesołowski W połowie trasy , z powodu drobnej awarii sprzętu , musiałem wrócić na bazę rajdu. Po ekspresowej naprawie dokonanej przez p. Jarka wróciłem na trasę i dokończyłem kółko. W tym czasie zawodnicy mieli start honorowy z centrum Kielc do bazy rajdu w Miedzianej Górze, gdzie odstawili motocykle do Parku Zamkniętego. Wieczorem opowiedziałem zawodnikom, co widziałem ale też nie specjalnie było o czym mówić. Łatwizna. W naszym hotelu trwały jeszcze ostatnie ustalenia ale zawodnicy już spali. Jutro pierwszy dzień zawodów.
Startujemy w składzie:
Zespół - Olek Motocykle Mitsui - 273 Mirosław Kowalski (E1), 293 Łukasz Kurowski (E2), 355 Wojciech Rencz (E2). Zespół - PZM Szarak Sochaczew - 246 Łukasz Podrażka (E1), 271 Krzysztof Jarmuż (E1), 372 Michał Wyszomirski (E2).


Dzień I

Rozruch poranny 13.09.2004 Fot.Artur Łukasik Rano, po rozruchu i śniadaniu zawodnicy zameldowali się na bazie rajdu. Byłem tam przed nimi i po sprawdzeniu motocykla oraz założeniu ekwipunku czekałem na start Kowala. Humory dopisywały, pogoda również. Jakieś 10 minut przed startem wsiadłem na moją Yamaszkę i pojechałem na pierwszy punkt przechwytu. Tam czekali już inni krasnale jadący dla innych szoferów. Każdy objuczony w plecaki, saki wypchane różnościami, które mogą być potrzebne na trasie. Były tam i całe wydechy i nowe kierownice i co tam jeszcze chcecie. Co tylko przejechał jakiś zawodnik, to od razu ruszał jego krasnal aby zdążyć przed zawodnikiem do następnego punktu. Ja zawsze widziałem dwóch zawodników, bo Krzysiek Jarmuż jechał minutę przed Kowalem. Czasem spotykałem też Łukasza Kurowskiego, który jechał 5 minut za Kowalem i jak pospieszył troszeczkę na trasie, to na PKC lub próbie był w zasięgu mojego wzroku. Resztę chłopaków widywałem naprawdę okazjonalnie lub na zakończenie dnia , na bazie rajdu. Krasnale zagraniczni jeździli prawie wyłącznie asfaltami, ja równie często natomiast uciekałem w teren aby mieć łatwiejszy i szybszy dojazd do punktu. Jak przejechał Kowal i kiwnął głową, że jest w porządku, zasuwałem dalej. I tak od punktu do punktu, od PKC do PKC asekurowałem zawodnika aby duch i rozum go nie opuściły. Trasa Dzień I Fot.Grzegorz Wesołowski Na trasie strasznie się kurzyło i było gorąco. Trzeba było bardzo pilnować aby zawodnicy pili tam gdzie tylko to było możliwe. Brzmi to trochę śmiesznie, w końcu zawodnicy to nie dzieci ale jednak. Olbrzymi wysiłek w połączeniu ze stresem powoduje, że o niektórych potrzebach organizmu można zapomnieć. Nadmierna utrata wody przez organizm powoduje lawinowo narastające zmęczenie i kłopoty z oceną podstawowych parametrów jazdy. Nie muszę chyba mówić, czym to się może skończyć dla szofera jadącego szybko motocyklem. Tak więc starałem się poić po każdej próbie i Kowalskiego , i Jarmuża. Jechali dobrze, bez żadnych specjalnych przygód. Trasa z każdą minutą stawała się coraz gorsza. Na drugim kółku, po uzgodnieniu z Mirkiem , opuściłem go aby sprawdzić trasę 3 i 4 dnia. Lepiej było zrobić to teraz, gdy wszyscy byli jeszcze w miarę wypoczęci niż jutro, gdy pojadą jeszcze dwa koła po wybitej już trasie. Pętla 3 i 4 dnia również nie była trudna bo było sucho. Gdyby spadł deszcz, stopień trudności trasy wzrósłby bardzo, z uwagi na śliskie, gliniasto-czarnoziemowe podłoże. Takie warunki bardzo lubi uznany mistrz ślizgu motocyklowego - Łukasz Kurowski. No ale trzeba wtedy jeździć tak jak Qurak. Jak , po kilku godzinach zjechałem do depo , to wszyscy zawodnicy byli już na miejscu i paśli brzuszki. Endurko nieźle wyciąga soki. Potem tylko hotel i spać. Obsługa techniczna mogła nieco sobie pofolgować ale to byłby już temat dla osobnej relacji.

Dzień II

Michał Wyszomirski . Fot.Grzegorz Wesołowski Ciepło. Twardziele wsiedli na swoje maszyny i ruszyli w las. Czekam na Kowala na drugim punkcie, przejechał Jarmuż , potem inni , a Mirka nie ma. Minęły ze dwie minuty i już myślę wbijać się w las ale słyszę mocno kręconego czteropaka. Idzie Kowal, a ćwiarteczka aż jęczy. Gdzieś zabałaganił, myślę, a teraz się spieszy. Od tego punktu był spory kawałek asfaltem, więc zapiąłem się za Mirkiem i zrobiliśmy Moto GP. Dobrze, że policjanci zabezpieczający skrzyżowania nie używali radarów ( przynajmniej tego dnia), bo byśmy się nie wypłacili. Zdążyliśmy na PKC w Winowie 2 minuty przed czasem. Wszystko dlatego, że jadący 9 minut przed Kowalem Łukasz Podrażka, niedługo po starcie wycedził w drzewo. Na szczęście nic sobie nie zrobił, a motorkowi i owszem. Kowal oczywiście zatrzymał się i wspólnie jakoś choć trochę odgięli wydech, tak aby Łukasz mógł dojechać do obsługowego PKC i wymienić rurę. W ten sposób Kowal stracił nieco czasu i dlatego się spieszył. Łukasz Podrażka musiał jeszcze ładny kawałek trasy do Zajączkowa jechać z taką zmasakrowaną rurą ale tam czekał już jego tata i cudem wyrwana od teamu KTM nowa rura. Muszę przyznać , że nie zazdrościłem tego dnia Łukaszowi - motor zdefektowany, a trasa kompletnie zniszczona. Dziury takie, że nawet nie ma co marzyć aby jakiekolwiek zawieszenia je wybrały. Nie pomagały żadne regulacje - po prostu urywało ręce. Na drugim kole wpiąłem się w trasę zaraz za Kowalem, korzystając z tego, że zaraz za nim była dwuminutowa przerwa przed następnym zawodnikiem. Jechałem tempem Mirka jakieś 10 minut, a na PKC byłem cały mokry od potu. Łukasz Podrażka nr 246 Fot.Artur Łukasik Wtedy najbardziej przeraziła mnie myśl, że gdybym był zawodnikiem, to musiałbym tak jeszcze przez kilka godzin. Makabra. Zawodnicy tracili siły w oczach. Zaczynały się spóźnienia mimo, że jeszcze wczoraj przejeżdżali te odcinki sporo przed czasem. Na Mistrzostwach Polski około 100 zawodników przejeżdża trasę 5 razy w dwa dni. To tak jakby 500 zawodników przejechało ją raz. Na ISDE tych 500 jechało tą samą pętlę 4 razy. Tak więc ostatnie kółko pętli było, jak to powiedział Łukasz Kurowski, pełne niespodzianek. Równo tylko na asfalcie, którego było bardzo niewiele. Poza tym dziura, kant, kamień, korzeń, pień. I tak w koło Macieju. Łukasz Kurowski Fot.Grzegorz Wesołowski Chłopcy przyjeżdżali na depo bardzo umordowani, a przed nimi jeszcze wymiana opon, filtrów, oleju. Nikt tego za nich nie zrobi. Łyżki do opon migają w rękach. Nagle brzdęk i wypięta z opony łyżka frunie do góry prosto w hełm zawodnika. Szybko, łyżkę w oponę i zakładać. Jeszcze ostatnie stuknięcie kolanem i opona siedzi. Teraz koło na wahacz, ośka, coś nie wchodzi. Zostały dwie minuty - krzyczy kontrolujący dzisiaj czas, pan Waldek Podrażka. Mechanik podaje młotek - lekkie puknięcie i oś siedzi. Teraz wkrętak w łańcuch, nakrętka , klucz - dociągnięte. Minuta - słychać głos. Wkrętak i podstawka na bok. Noga w kopniak i piękny głos silnika przykuwa uwagę widzów. Zawodnik rusza do parku , a widzowie biją brawo. Zdążył. Tak to wygląda. Z większym czy mniejszym spokojem, pod okiem p. Jarka Kurowskiego, nawet najbardziej zmęczeni serwisowali motocykle. Najlepiej jeszcze wyglądał Qurak, mimo, że jechał całe zawody z kontuzją barku. Najgorzej Podrażka, który wyczerpany walką z trasą i zdefektowanym motocyklem , spóźnił nieco ten dzień. Kryzys przeżył także mój zawodnik. Po zdaniu motocykla padł w namiocie na ziemię i chyba tylko troskliwym zabiegom swej dziewczyny Ani zawdzięcza jako taką dyspozycję następnego dnia. Kowal i Ania.Koniec II dnia. Fot.Artur Łukasik Popatrzcie na zdjęcia. Pocieszałem chłopaków, że jutro odpoczną, bo nowa , nie wybita trasa i trochę więcej asfaltów. Tych asfaltów było tyle co kot napłakał ale trzeba ich było jakoś pocieszyć. Najedli się i spać, bo jutro rano czekało ich ulubione zajęcie - jazda motocyklem po bezdrożach. Na koniec dnia rozmawiałem ze startującym indywidualnie w sześciodniówce Bogumiłem Wojtaszkiem (457) tegorocznym Mistrzem Polski w klasie Weteran. Zaskoczyło mnie to, że Boguś , w przeciwieństwie do wielu zawodników, nie wyglądał na bardzo zmęczonego. Powiedział, że czuje się nieźle. Byłem bardzo ciekawy, czy Boguś dojedzie do końca ?

Dzień III

To nie był udany dzień. Dla nikogo. Niebo zachmurzyło się i wyglądało na deszcz. W nocy już trochę popadało i dzięki temu powietrze było bardziej rześkie. Ubrałem nawet ortalionik i ruszyłem na szlak. Zawodnicy wyglądali nawet nieźle i widać było, że powoli łapią drugi oddech. Ten lekko deszczowy dzień ich wyraźnie ucieszył - nie będzie się kurzyć, no i jeszcze nowa trasa. Początkowo, prawie do pierwszego PKC trasa biegła tak jak w 1 i 2 dniu. Potem próba i nowy szlak ale znany niektórym z Mistrzostw Europy z poprzedniego sezonu. Po kolejnej próbie zupełnie nowy odcinek, by krótko przed metą wejść na stary szlak biegnący przez lasek przy bazie rajdu. Sam byłem ciekaw jak ten lasek będzie wyglądał, bo trasa biegła tam przez wszystkie 5 dni. Jest tam taki dość stromy i oczywiście mocno wybity podjazd na górę kamieniołomu. W przypadku mocnego deszczu widziałem tam duże problemy. To pierwsze koło przeszło bez większych problemów, chociaż zmęczenie dawało o sobie znać. Ruszyłem na drugie kółko , przechwyciłem Kowala na ostatnim punkcie i dojeżdżam do PKC. Zaraz koło naszego punktu serwisowego było depo polskiej reprezentacji obsługiwane w tym dniu przez p. Świderskiego ojca Pawła i Marka, którzy startowali w ISDE w naszych drużynach narodowych. Paweł był już sporo spóźniony i p. Świderski mocno się niepokoił. Tym bardziej, że było wiadomo o wypadku motocyklisty na odcinku pomiędzy startem i tym PKC. Zaraz jednak odetchnęliśmy z ulgą. Pojawił się Paweł i z nim razem Vinters Janis. Obaj wyglądali nietęgo. Okazało się , że udzielali pomocy niemieckiemu motocykliście Swenowi Enderlein jadącemu z numerem 161. Swen Enderlein Niestety ten młody , 25 letni zawodnik zmarł w kilkanaście minut po wypadku. Było to straszne przeżycie dla wszystkich uczestników zawodów. Motocykliści jeżdżący enduro , z uwagi na trudy tego specyficznego sportu, tworzą jedną rodzinę. I nawet jeśli nie znaliśmy tego chłopca, to jego śmierć zapadła głęboko w nasze serca. Nie ma sensu rozwodzić się nad tym jak to się stało. Od wyjaśnienia tej sprawy są odpowiednie urzędy. Natomiast fakt, że zginął młody, świetnie zapowiadający się sportowiec - nasz kolega - położył się cieniem żałoby na całej sześciodniówce. Niemcy wycofali z zawodów swoje drużyny narodowe. Jak dojechałem do kolejnej próby, właśnie odjeżdżali asfaltem na bazę rajdu. Jechali i płakali. Naprawdę nikomu nie życzę takich przeżyć. Jeżeli będziecie kiedyś mieli chwilkę, nawet taką małą , to pomódlcie się za tego chłopca, który tu u nas znalazł kres swej drogi. Wiem, że o nim nie zapomnicie. Ku przestrodze... Mniej, więcej w tym samym czasie w wypadku drogowym zginął inny motocyklista z Holandii, który jednak nie startował w zawodach. Niestety w tym wypadku zginęło także dwóch innych jego uczestników jadących samochodem. Chwilę po tym wypadku przejeżdżałem koło tego miejsca, bowiem prowadził tam szlak krasnali. Trudno sobie wyobrazić, że motocykl może tak zmasakrować samochód osobowy. Jednym słowem było dość strasznie. Nasi chłopcy też nie czuli się zbyt pewnie. Jechali wolniej niż zwykle i wyraźnie doganiało ich zmęczenie. Poratował ich nieco bombą węglowodanową Andrzej Rencz - tata Wojtka który dla polskiej reprezentacji obstawiał kolejny PKC. Tam mieli kilka minut czasu i gdy odpoczywali, ja sprawdzałem - na odległość - ich motocykle, czy aby czego nie popsuli. Wszystko było w porządku, więc pocieszyłem ich, że teraz to już tylko mały spacerek motorkiem i koniec dnia. Pojechali. Przechwyciłem ich jeszcze w kilku punktach ale ze sposobu jazdy widziałem, że czują się lepiej. Asekurowałem ich jeszcze na tym podjeździe tuż przed bazą rajdu i koniec dnia. Wszyscy dali sobie radę znakomicie i naprawdę byłem z nich dumny.

Dzień IV

Ten dzień może być kryzysowy. Do późnej nocy toczyły się debaty na temat przerwania sześciodniówki. W końcu postanowiono kontynuować zawody. Sam nie wiem jak powinno się zachować międzynarodowe Jury. Ale jest jak jest. Jedziemy. Pogoda lepsza niż wczoraj, sporo słońca. Jarek Kurowski i Łukasz Podrażka nr 246 Fot.Grzegorz Wesołowski Rano na depo prawie nikogo. Bielsko śpi , sami wyładowujemy motocykle. Wczoraj Podrażka musiał jeszcze wymienić sprzęgło w swoim KTM ale pod kierownictwem Jarka Kurowskiego poszło mu całkiem sprawnie. Chłopak jest mocno zmęczony i wszyscy obawiamy się , czy da radę skończyć zawody w limicie spóźnienia. Łukasz bardzo przeżył kłopoty na trasie i śmierć niemieckiego zawodnika. Jedzie wolno i przez to jeszcze bardziej się męczy. Ci , którzy jeżdżą enduro sportowo, wiedzą, że istnieje właściwa dla danego zawodnika prędkość podróżna. Wypracowana treningiem i możliwościami daje możliwość bezpiecznej i w miarę nie męczącej jazdy. Powyżej i poniżej tej prędkości zaczynają się kłopoty. Widzi się albo za mało, co powoduje upadki lub widzi się za dużo i wtedy wszystkie doły są twoje. Łukasz jechał za wolno. Stał tam gdzie można było usiąść, a tam gdzie powinien stać - często przysiadał. Ale jechał. Kowalski i Jarmuż walczą na próbach. Mimo zmęczenia, po wyjeździe z próby zawsze pytali się o czas. Zależało im aby być lepszym - to dobrze. Mają na tyle sił aby jeszcze się ścigać. Na każdej pętli były trzy próby każdego dnia. Długie próby - od 4 do 8 minut. Tam trzeba było jechać szybko, a jak to zrobić gdy za nimi już 750 km rajdu. Czasem, szczególnie w drugim kółku, pokazywali , że bolą ich ręce. Łukasz Kurowski Fot.Grzegorz Wesołowski Czasem przy wyjeździe z prób , gdy zapinałem im saki, skarżyli się na zmęczenie. Ale to twardzi zawodnicy. Obiecywałem im wtedy równą trasę i dużo odpoczynku na PKC i jechali dalej. Na szczęście i Krzysiek Jarmuż i Mirek Kowalski potrafią jeździć motocyklem. Bardzo dobrze spisywali się również inni nasi zawodnicy. Najczęściej z nich widywałem Quraka. Czasem, szczególnie na koniec dnia , był nieco zmęczony. Nigdy jednak nie wyglądał na kompletnie wyczerpanego. Bardzo sprawnie przeprowadzał serwis motocykla i na każdym PKC, gdzie się spotykaliśmy, dużo się uśmiechał. Łukasz Kurowski jest bardzo zwinny i szybki. Przemieszcza się na motocyklu niczym mamba , błyskawicznie reagując na każdą zmianę położenia maszyny. Taka finezyjna technika pozwala mu zaoszczędzić wiele sił. Od lewej Marcin Kurowski i zmieniajacy koło Michał Wyszomirski. Fot.Grzegorz Wesołowski Michał Wyszomirski nie jeździ tak precyzyjnie technicznie jak Kurowski. Używa więcej siły ale patrząc na niego , wydaje się jakby tych sił posiadał nieprzebrane pokłady. Owszem , bywał zmęczony, ale zawsze pełen energii - wydawało się, że przy serwisie zerwie oponę samymi rękami, co mu się raz prawie udało. Spokojne doskonalenie techniki jazdy jest kluczem sukcesu dla tego młodego zawodnika. Wojtek Rencz jechał ostatni , sporo minut za resztą swoich kolegów. Tak więc w ciągu dnia nie widziałem Wojtka w ogóle. Dopiero na koniec , po drugiej pętli, gdy większość zawodników skończyła już serwis, pojawiał się Wojtek. Wojtek Rencz.Dzień V.Fot.Artur Łukasik Z początku wszyscy czekali w napięciu, czy będzie w swoim czasie ale już po dwóch dniach było wiadomo, że na pewno będzie. Gdyby rajdy enduro były bardziej popularne, to pewnie ukuto by nowe powiedzenie - Zegarki regulować według Rencza jadącego zawody. Zawsze skupiony, ze spokojem serwisował motocykl i odstawiał do parku. Duża klasa.
Jak zwykle na zakończenie dnia, pojawiło się na depo dużo ludzi. Praktycznie przez te 6 dni przewinęli się tam wszyscy nasi znajomi i koledzy z Mistrzostw i Pucharu PZM. Michał Wyszomirski . Fot.Grzegorz Wesołowski Wiadomo, takiej okazji jak sześciodniówka w Polsce nie da się przepuścić. Niektórzy przyjeżdżali na jeden dzień, a inni na dłużej, z motocyklami i jeździli tak jak Leszek Węgrzynowski z żoną Ewą, z próby na próbę, podglądając najlepszych zawodników na świecie. Ups, dopiero teraz przyszło mi do głowy, że gdy ja pracowałem , Leszek się uczył. Pewnie w przyszłym sezonie zostanie postrachem klasy weteran. I bardzo dobrze. Spora ilość ludzi na depo przeszkadzała w sprawnej organizacji pracy ale i pomagała, bowiem sędziowie techniczni mieli kłopot z dopilnowaniem aby zawodnikom nie udzielano żadnej niedozwolonej pomocy. Na sam koniec dnia złapałem gumę i musiałem Mirka zostawić samego na pół koła. W tym czasie zakleiłem dętkę i złapałem go na ostatnim przed metą PKP. Od tego PKP do mety dnia jechaliśmy razem. Jak Kowal skończył swój serwis zmyłem się do hotelu, bo też byłem trochę zmęczony.

Dzień V

Na trasie.Dzień V. Fot.Artur Łukasik Piąty dzień sześciodniówki jest trudny fizycznie, bo zawodnicy są już mocno wyczerpani ale wiedzą, że to ostatni trudny dzień. Wszyscy mają świadomość , że jutro tylko dojazdówka ( 68 km) i motocross. Piątego dnia trasa prowadziła w połowie nowym śladem, a w połowie starymi szlakami z poprzednich dni. Krasnalowanie było łatwiejsze, bo większość trasy wiła się wokół głównej drogi na Kraków i tam często można było przechwycić swoich zawodników. Nawet zawodnicy jechali ta drogą jakieś 3 kilometry. Tam właśnie , czekając na Kowala, zobaczyłem taką gumkę jakiej jeszcze nie widziałem w życiu. Stałem razem z krasnalem ( i jednocześnie ojcem) zawodnika 274 - Holendra - Mike Kock. Jeździliśmy razem już od kilku dni, bo jego syn jechał w tych samych czasach co Kowal. No i oczywiście cały czas widywaliśmy tych samych zawodników. Należeli do nich również Anglicy jadący na czterosuwowych ćwiartkach Hondy. Któregoś dnia jak zdjęli hełmy na PKC, to zobaczyłem , że to zawodnicy mocno po trzydziestce , a może i dalej. Jechali dzielnie ale bez fajerwerków zajmując miejsca raczej z tyłu tabeli. Tak więc wjeżdża na asfalt jeden z nich oznaczony numerem 275 Jonathan Tarr i zamiast odpocząć , wstaje i podnosi motocykl na gumę. Niby nic ale koleś łapie taki punkt, że jedzie, jedzie jakby zamierzał przestać używać przedniego koła. Finalnie nie zobaczyłem jak go użył, bo do granicy mojej widoczności jechał tylko na jednym. W zakręcie też. Majstersztyk. Mało kto by tak potrafił, a na trasie gość wyglądał tak jakoś mało dynamicznie. Pozory mylą. Nawet przeciętnie wyglądający na trasie zawodnik to ciągle mistrz w swoim fachu. Pogoda piękna aczkolwiek nieco chłodno. Oczywiście dla chłopaków jadących w zawodach te 12 stopni ciepła to świetna temperatura ale dla krasnali , którzy gonią w większości asfaltami to troszkę zimno. Czasem , dla rozgrzewki, wbijamy się z kolegą krasnalem z Holandii w jakąś ścieżynkę i chłód mija jak ręką odjął. Na trasie, jak każdego dnia, jest 5 PKC z czego dwa są bezobsługowe. W drugim kole docieramy bez przygód do PKC w Wiśniówce i krótko po naszych zawodnikach ruszamy na kolejny punkt. Holender p. Kock jechał za mną , przyzwyczajony, że prowadzę. Ale , pechowo dla nas, przy wyjeździe z PKC w Wiśniówce pomyliłem kierunki i zanim zasięgnąłem języka zdążyliśmy już sporo oddalić się od trasy, którą jechali zawodnicy. Wyjąłem mapę i okazało się , że najkrótsza droga do próby w Kołomaniu ( na PKC w Samsonowie już nie mogliśmy zdążyć) , to na przełaj przez łąki i lasy. Holender kiwnął głową i poszliśmy w moje ulubione, polskie enduro. Spieszyłem się bardzo żeby zdążyć na czas. Holender dzielnie trzymał się z tyłu - widać było, że potrafi jeździć w terenie. Gdy po dobrych 30 minutach takiej jazdy dojechaliśmy na próbę w Kołomaniu, to jego syn Mike (274) Mike Kock Fot.Artur Łukasik właśnie wjeżdżał na próbę, a Kowal był gdzieś w połowie. Pan Kock żartował potem, że zabrałem go w bezpłatny city-enduro tour. Rozmawiając z nim na PKC dowiedziałem się , ze chłop jeździł enduro zawodniczo i nawet startował w sześciodniówce w Polsce w 1987 roku. Jednocześnie otrzymywałem od niego na gorąco informacje o tym co wydarzyło się w innych ekipach. To, że kradną motocykle nie było dla nikogo niespodzianką. Jak mówił kolega krasnal z Holandii, kradną na każdej sześciodniówce. Przyjeżdżają specjalne grupy złodziei i biorą co mogą. Ale nałykałem się wstydu, gdy opowiedział mi, że okradziono zawodnika, który przewrócił się na trasie i złamał obojczyk. Chłopak leżał mało przytomny, a okazjonalni złodzieje, bo jacyż inni stali by na trasie, zabrali mu hełm, klatkę, rękawice i motocykl. Kibice na próbie Nadjeżdża Bartek Obłucki Fot.Grzegorz Wesołowski Takie zachowanie , to kompletne zdziczenie. No ale z uwagi na to, że były również próby ściągnięcia zawodnika z motocykla kijem, nie dziwię się niczemu. Taki miły kraj i jego sympatyczni mieszkańcy. Od próby w Kołomaniu zostało ostatnie 50 minut jazdy tego dnia. Po jakieś przeprawie przez wodę , pojawiły się u Mirka kłopoty z silnikiem. Zgłosił mi to na ostatnim PKP , 15 minut przed metą. Ruszyłem więc ten odcinek zaraz za nim, bo gdyby jego Yamaha piątego dnia rzuciła palenie, to byłaby to przykra niespodzianka. Widziałem jednak, że jedzie żwawo, więc z każdym kilometrem kamień obsuwał się z serca. Kłopoty te nie pojawiły się więcej i bez problemu skończyliśmy ten dzień.

Dzień VI

To miał być dzień triumfu i radości. Nawet pogoda się dostroiła do oczekiwań zawodników i kibiców. Było ciepło i słonecznie. Zawodnicy ruszyli w trasę , a my po staremu na krasnalowanie. Wprawdzie zostało im tylko kilkadziesiąt kilometrów ale zawsze. Trzeba przypilnować chłopców do końca, bo jeszcze coś zmalują. Nie zmalowali i dojechali w komplecie na pre-finish. Tam , w Pielakach zrobiono PKC przed kończącym sześciodniówkę motocrosem a właściwie wyścigiem na trawie. Zaraz start. Fot.Artur Łukasik Tak właśnie postanowiono zakończyć te zawody. Wytyczono i otaśmowano na łące trasę o długości przeciętnego motocrosu, ustawiono maszynę startową i tyle. Wszystko było w najlepszym porządku, gdyż można kończyć sześciodniówkę tego typu wyścigiem. Moim zdaniem jest to nawet ciekawsze niż zakończenie w Brazylii, gdzie odbył się wyścig typu supermoto. Tu przynajmniej zawodnicy mogli wykorzystać terenowe ogumienie. Tak więc kto mógł i potrafił zmieniał opony na nowe. Moja rola krasnala zakończyła się w momencie przyjazdu Kowala na ostatni PKC. Teraz schowałem motorek do przyczepy i zamieniłem się w fotoreportera. Kibiców przybywało. Organizatorzy postarali się o punkty gastronomiczne, oblężone przez spragnionych piwa widzów. Było też sporo stoisk z odzieżą enduro, gdzie za całkiem małe pieniądze można było nabyć fajne ciuchy. Raczej do chodzenia niż jeżdżenia ale zawsze. Zapowiadało się na ciekawe zawody. I rzeczywiście wyścigi klasy E1 były emocjonujące i rozgrzały publiczność.Michał Szuster Fot.Grzegorz Wesołowski Pierwszy wyścig (pierwsza czterdziestka zawodników klasy E1) wygrał Marc Germain (Francja) ale cały czas siedział mu na kukule Michał Szuster, który przyjechał drugi. Ta sześciodniówka była dla Michała bardzo udana, bo w generalce swojej klasy zajął 4 miejsce. Pokonał wielu zawodników jeżdżących w Mistrzostwach Świata, czy Europy. Byłoby super gdyby Michał Szuster zaczął w przyszłym sezonie jeździć dla jakiegoś teamu z Europy. Mielibyśmy wtedy dwóch zawodników jako wizytówkę polskiego enduro - Szustera i Bartka Obłuckiego, który wygrał klasę E1. Obaj mają znaczny udział w sukcesie drużyny naszych juniorów, która zajęła 2 miejsce na ISDE w Kielcach. Obok nich w polskim zespole Junior Trophy startowali Łukasz Kędzierski i Paweł Świderski. Drugi wyścig ( druga czterdziestka zawodników klasy E1) wygrał Karol Kędzierski. Karol Kędzierski Fot.Grzegorz Wesołowski Karol należał do drużyny narodowej startującej w klasyfikacji World Trophy. Oprócz niego jechali tam Maciej Wróbel, Marek Świderski, Łukasz Bartos, Marek Przybysz i Jakub Przygoński. Ta drużyna zajęła 10 miejsce. Bez rewelacji ale i bez blamażu. Chłopcy jeżdżą całkiem szybko, a że inni szybciej, cóż za rok może być inaczej. Odbył się jeszcze trzeci i ostatni wyścig tego dnia. Po klasie E1 miała jechać pierwsza czterdziestka klasy E2 ale nie wystartowali. Po okrążeniu zapoznawczym część zawodników uznała, że za bardzo się kurzy i złożyła protest. Tor przez następną godzinę polewano wodą z wozów strażackich. W tym czasie hiszpańscy kibice częstowali piwem swoich polskich odpowiedników i razem śpiewali nie wiadomo co. Przy tej okazji wdrapywali się na wóz strażacki wyczyniając na jego dachu różne harce. Jury składające się z kierowników ekip odrzuciło protest, więc znowu wyjechano na okrążenie zapoznawcze i znowu nie wystartowano. Moim zdaniem, a trochę zawodów w życiu już widziałem, można było się ścigać. Kibiców zgromadzonych wokół toru zaczęła ta zabawa nudzić , tym bardziej, że nikt ich o niczym nie informował. Stoicki spokój zachowywały jedynie "mrówki" czyli angielscy kibice tego sportu, którzy przyjeżdżają na każdą sześciodniówkę. Mrówka na czarno w fikuśnej koszulce. Fot.Artur Łukasik Ich ksywka pochodzi stąd, że ubierają się w zrudziałe długie płaszcze i jak jadą na swoich motorkach grupą, to wyglądają jak kolonia mrówek w drodze do mrowiska. Ich motorki to zupełnie osobna bajka. Przysyłają je kontenerem, a wszystkie razem są warte może 1000 euro, choć dla nich samych pewnie dużo więcej. Powiązane sznurkami i drutem, odrapane, malowane pędzlem, przerdzewiałe. Są takie z latarkami zamiast światła, są i bez świateł. Jeden miał buty na stałe przyklejone panzer - taśmą do podnóżków. Silniczki czterosuwowe małej pojemności ledwo ciągną takich wielkich chłopów jak ci Angole. Gdzie nie przyjadą wywołują sensację i zabawne incydenty. Przy dojeździe do próby w Pielakach, jeden z nich się przewrócił a reszta ze stoickim spokojem przejechała po nim i jego motorku, rwąc mu przy okazji płaszczyk ( płaszczyk i jego właściciel na zdjęciu). To było zabawne, bo oczywiście nikomu nic się nie stało. Trzeba przyznać , że ci faceci mają niesamowite filmy. Chyba lubię takie dziwactwa. Przepychanki Fot.Grzegorz Wesołowski Tymczasem w parku maszyn zaczęły się jakieś przepychanki między zawodnikami, bo jedni chcieli jechać , a inni nie. Nie piszę kto chciał , a kto nie , bo co za różnica. Organizator powinien wprowadzić do parku służby porządkowe i umożliwić chcącym starować wyjazd na trasę wyścigu. Każdy może odmówić startu z tych czy innych powodów ale nie może uniemożliwiać tego innym. Tutaj organizator pokpił nieco sprawę, bo na skutek tych wydarzeń odwołano wyścigi pozostałych klas i tak zamknięto sześciodniówkę w Kielcach. Ja już na to nie czekałem, zapakowałem się do auta, pożegnałem przez telefon Kowala i resztę załogi i ruszyłem do domu.
Dla porządku:
Zespół - Olek Motocykle Mitsui w składzie - 273 Mirosław Kowalski (E1), 293 Łukasz Kurowski (E2), 355 Wojciech Rencz (E2) zajął wysoką 7 pozycję na 72 zespoły.
Zespół - PZM Szarak Sochaczew w składzie - 246 Łukasz Podrażka (E1), 271 Krzysztof Jarmuż (E1), 372 Michał Wyszomirski (E2) zajął 46 pozycję na 72 zespoły.

Palenie gumy w wykonaniu Mirka Kowalskiego Fot.Grzegorz Wesołowski Indywidualnie najlepiej spisał się Łukasz Kurowski zajmując 28 miejsce w klasie E2. Spory sukces osiągnął Łukasz Podrażka kończąc te zawody i zdobywając tym samym brązowy medal. Wykazał się twardym charakterem i dużą siłą ducha, bo ostatnie trzy dni jechał używając tej właśnie siły.
Bogumił Wojtaszek VI dzień Fot.Grzegorz Wesołowski Wspaniale spisali się obaj polscy weterani startujący w tych zawodach. Zarówno Grzegorz Chorodyński jak i Bogumił Wojtaszek dojechali do mety. Wojtaszek dał radę na stareńkim KTM-e. Ma serce do walki.
Dla mnie najważniejsze jest to, że chłopcy skończyli trudne i wyczerpujące zawody bez urazów i kontuzji. Zyskali mnóstwo doświadczenia, pokazali się w międzynarodowym towarzystwie, a że nic nie jest za darmo - umęczyli się strasznie. Nawet mnie ,zwykłemu krasnalowi, siedem dni na motocyklu dało się we znaki.

To tyle .Kończę , bo jadę na trening. Zaraz, zaraz co to ja trenuję...szachy???? Nieeeeee. ENDURO.

Artur Łukasik