Monaughty Forrest - Grampian Round of Scottish Enduro Championship - 6.08.2006

Cóż, najłatwiej będzie mi chyba opowiedzieć o szkockim enduro, odnosząc jego pewne elementy do polskiego odpowiednika. Myślę, że różnic będzie, co najmniej tyle, ile podobieństw.
Zawody odbyły się 6 sierpnia i były oddalone o ok. 60 mil od mojego miejsca zamieszkania. Oznaczało to pobudkę przed piątą rano, pakowanie i ok. 1,5 godziny drogi - po ósmej byliśmy na miejscu. Specjalnie wcześniej, z myślą o obejściu odcinka specjalnego.
Droga do miejsca zawodów była bardzo dobrze oznakowana, już od skrętu z głównej dwupasmówki. W miarę jak się od tej drogi oddalaliśmy, ogarniały nas coraz większe wątpliwości. Po około trzydziestu minutach skręciliśmy w polną drogę, która doprowadziła nas na wierzch pasma górskiego. Ostatni budynek widzieliśmy może z 5 kilometrów wcześniej. Po prawej stronie zobaczyliśmy samochód z motocyklem na przyczepie. Uspokoiliśmy się trochę. Spytaliśmy starszego faceta od tego samochodu, gdzie jest Special test. Pokazał ręką w kierunku krzaków mówiąc, ze jego syn też go właśnie ogląda. Nieufnie podążyliśmy w tym kierunku, napotykając jedynie zwykle znaki. Ani kawałka taśmy. No trudno, w tym miejscy faktycznie nie była niezbędna. Test wydawał się trudny. Kamień na kamieniu, korzeń na korzeniu, bardzo wąsko miedzy drzewami. Po około 0,5 km - niespodzianka - wyszliśmy na drogę, którą tu przyjechaliśmy. Tak - trasa testu przechodziła przez normalną, dość szeroką drogę żwirową. Żadnej taśmy, nic. Ok, idziemy dalej. Trasa bez zmian. Małe błotko, potem trochę większe, potem znowu małe. Wszystko po kamieniach, glince i olbrzymich, półmetrowych korzeniach. Super śliskich, żeby nie było. Może z cztery, pięć zakrętów, przez ponad dwumilowa, próbę, a mimo to maksymalna prędkość na pewno nie przekraczała 30 km/h (a i to może w dwóch miejscach). Prawdziwy country test, nie ma co. Niestety meta była sporo oddalona od startu. Dalej pojechaliśmy szukać depo i w ogóle miejsca zawodów. Jadąc spokojnie leśną drogą napotkaliśmy w końcu luźno zaparkowane samochody kempingowe, motorki i inne pojazdy po jej obu stronach. Zatrzymaliśmy się. Podszedłem do jednego z zawodników, aby dowiedzieć się, gdzie jest biuro zawodów. – Jeszcze nie przyjechało - brzmiała jego odpowiedź. Taaak, generalnie środek lasu na szczycie jakiejś góry i tłum niewiadomo skąd wziętych ludzi z masą sprzętu. Ani kawałka budynku, toalety, nic. Nawet zwyczajowych straganów z ciuchami i częściami nie było. W końcu na główny placyk podjechał niebieski busik, z którego wysypały się trzy osoby w odblaskowych kamizelkach. Sekundę potem ustawiła się kolejka zawodników, dopełniających formalności startowych. Po obu stronach busa widniały wydruki z czasami etapowymi, lista zawodników, program startów itp. Słowem - biuro zawodów. Pół godziny później rozpoczął się odbiór techniczny. Głównymi i jedynymi obiektami kontroli były: hełm motocyklowy i ząbki na podnóżkach. Można było startować na crossówkach bez świateł. Kolejność startowa była następująca: Expert (do tej klasy się zapisałem), Clubman, Sportsman, Over 40's (czyt. Weteran) oraz Trial (jeden zawodnik). Start odbywał się dwójkami, moja była siódma i przedostatnia w klasie.
Parę metrów po linii startu wjechaliśmy do lasu i po stu kolejnych metrach pierwsza atrakcja - bardzo stromy i śliski zjazd z lekkimi zakosami pomiędzy dość gęstą roślinnością. Po 300 metrach zsuwania się na jedynce, trasa nachyliła się niemalże do pionu, aby przejść z kolei do poziomu drogi. Niezły początek. Jak się okazało była to jedyna tego typu atrakcja podczas całego, 25 kilometrowego koła. Dalej trasa znów wkraczała do lasu, w bardzo wąską, pokręconą, pełną korzeni i kamieni, ścieżkę. Tak wyglądało 90 procent trasy. Mnóstwo niewidocznych przeszkód, jeden wąski ślad i biada temu, kto próbował szukać alternatywnej drogi przejazdu - zazwyczaj kończyło się to niekontrolowanym podbiciem któregoś z kół i skierowaniem maszyny w lewą lub prawą stronę. Oczywiście jak na góry przystało niemal każdy metr trasy był zjazdem lub podjazdem o różnym nachyleniu. Asfalt nie występował na tym rajdzie. Odcinków odpoczynkowych - może z 300 metrów. Non stop na stojąco. Non stop pełna koncentracja.
Zaskoczeniem były zmiennie dopasowane czasy przejazdu pomiędzy PKC (dwa odcinki w każdym kole). Odpowiednio, z 40 i 32 minut w pierwszym kole, na 34 i 20 minut w drugim. Trzecie podobnie, ale już czwarte to 27 min i 23 min! Dalej 34 min i 18 min, 26 min i 17 min(!) i na zakończenie 40 min (pół koła). Moje nastawienie było dość optymistyczne, ponieważ w pierwszym kole miałem ok. 10 min zapasu przed każdym z PKC, a liczyłem na szybsze tempo w następnych. Nic bardziej mylnego! Trasa okazała się bardzo męcząca i coraz bardziej wymagająca. Co więcej, była zbyt trudna technicznie, żeby, ot tak sobie przyspieszyć. Po prostu nie było miejsca, a każde przesadzenie z gazem kończyło się wygrzebywaniem motocykla gdzieś z krzaków, albo jakiejś dziury. Było zwyczajnie niebezpiecznie. Jadąc super pewnie i bezpiecznie, czyli na około 80% gubiłem tam i ówdzie minutę na PKC. Niestety tempo 80% na tej trasie i tak generowało u mnie jakieś 120% zmęczenia, wiec nici wyszły z planowanego relaksu :).
Osobną historią był odcinek specjalny, niestety tylko jeden na tym rajdzie. Różnił się od reszty trasy tylko oznaczeniami: A - Special test start i B - Special test finish oraz odpowiednimi osobami funkcyjnymi, zajmującymi się pomiarem czasu. Ten niestety pochodził z poprzedniej epoki, gdyż głównym i jedynym urządzeniem pomiarowym był... stoper. Zwyczajnie zapisywano czasy wjazdu i wyjazdu. Nic dziwnego, że po zawodach nikt nie czekał na wyniki :). Sam odcinek specjalny był z rodzaju ekstremalnie niebezpiecznych, bardzo nierówny, z czasem przejazdu około 4 minut. Przechodząc próbę przed zawodami zastanawiałem się, jak będą ściągać kontuzjowanych klientów ze środka lasu, gdzie ciężko dojść, a niemożliwe jest dojechać na czterech kółkach. Moje obawy okazały się w pełni uzasadnione. Jadąc próbę, jakoś chyba w piątym kole natrafiłem na leżącego zawodnika. Dwóch innych już przy nim było, więc po krótkiej wymianie zdań pojechałem do mety testu po pomoc. Tamtejsi funkcyjni najwyraźniej bardzo się zdziwili, że któryś z zawodników chce z nimi pogadać ( wszyscy jechali z marszu w trasę, bo nie było wyników testu). Gdy dowiedzieli się, o co chodzi, stwierdzili, że nie mogą zadzwonić po karetkę, bo nie mają telefonu ani żadnej łączności z bazą, ani z kimkolwiek. Nogi się pode mną ugięły jak to usłyszałem. Ruszyłem w stronę PKC, do którego było jeszcze dobre 20 minut. Gdy dotarłem na miejsce, od razu poszedłem do obsługi. Oczywiście nic nie wiedzieli, ale poszli w końcu zadzwonić po ambulans. Dodam tylko, że nigdzie, ani na bazie, ani przy próbie nie widziałem karetki. Cala moja, znikoma już, chęć do jazdy prysła zupełnie. Przecież każdy z nas - zawodników, uczestnicząc w zawodach wierzy/ ufa/ ma nadzieję / cokolwiek, że organizator zapewnił, chociaż, minimum bezpieczeństwa startującym. Wypadek może zdarzyć się każdemu, a na tak niebezpiecznej próbie jest to znacznie bardziej prawdopodobne, niż gdziekolwiek indziej. Moje tempo wynosiło już od tej pory maksymalnie 50% możliwości, co z radością przyjął mój bardzo zmęczony organizm. Do końca zawodów dotarłem może nie w bardzo spektakularnym stylu, ale przynajmniej bez przygód. Na wyniki nie było co liczyć, więc wszystkie ekipy zwyczajnie spakowały motocykle i siebie, i pojechały do domu.

Cóż mogę napisać na podsumowanie?
Muszę się przyznać, że zawody Grampian Monaughty Forrest były pod każdym względem zaskoczeniem. Pozytywnym, w przypadku trasy. Na podstawie filmów, które widziałem wcześniej, spodziewałem się łąk i dróżek błądzących gdzieś miedzy pastwiskami. Tymczasem trasa była perfekcyjnie dobrana - w każdym calu przejezdna, a mimo to, piekielnie trudna. I to byłby w zasadzie koniec pozytywnych wrażeń. Organizacja zawiodła (biuro, infrastruktura, brak karetek), od strony medialnej było tragicznie (zawody przeprowadzane w jakiejś głuszy, ani kawałka kibica). Konkurencja na niezłym poziomie, ale bez specjalnej rewelacji. Słowem w porównaniu do polskich zawodów, te szkockie, przedstawiały się nadzwyczaj słabo. Zastanawiam się nad przyczyną takiej sytuacji w kraju, gdzie motocyklizm jest raczej dobrze rozwiniętą dziedziną aktywności, frekwencja dopisuje, a i o sponsorów znacznie łatwiej niż u nas. Jak to jest, że enduro rangi mistrzostw kraju zostało zdegradowane do niemalże zwykłej towarzyskiej imprezy? Dlaczego organizatorzy nie potrafili wykazać się kreatywnością i pokazać całą atrakcyjność tych zawodów?
Mam nadzieję, że ten sport w Polsce, tak jak w wielu krajach Europy, będzie się rozwijał. Wszystko wskazuje na to, że nam się uda, jeśli tylko będziemy utrzymywać dotychczasowy kierunek zmian. To, co stało się z enduro w Szkocji powinno być przestrogą dla innych federacji i źródłem motywacji dla działania teraz, kiedy ma ono jeszcze szanse powodzenia.

Pozdrawiam

Michał Łukasik

PS.
Nie widziałem wszystkiego. Może inne rundy Scottish Championship są zorganizowane dużo lepiej? Tego właśnie życzę moim szkockim kolegom.

Polecam stronę www.scottishenduros.co.uk
Są tam wyniki i zdjęcia w zakładce "Results".

Film z rajdu
Realizacja: Judyta Rekowska Szymon Kubicki Michał Łukasik

Film z rajdu Grampian Zdjęcia:Judyta Rekowska Szymon Kubicki Michał Łukasik .wmv 11 MB

Zapraszamy do wymiany opinii !
enduro@enduro.pl